1. Żałuję, że poszłam na studia.
Głupia
byłam myśląc, że skoro zdałam maturę, to tylko studia wchodzą w grę. Straciłam
mnóstwo nerwów, pieniędzy i czasu idąc na studia dzienne do innego miasta.
Trzeba było zostać w domu, iść do np. szkoły policealnej, zdobyć konkretny
zawód szybko i znaleźć pracę w okolicy. Magistra mi się zachciało…
2. Studia dzienne są beznadziejne.
O
ile na pewno znajdą się osoby, którym taki rytm będzie pasował, to ja do niech
nie należę. Moje zajęcia trwały 4 dni, od poniedziałku do czwartku i nie, nie
były zapełnione. Podliczyłam z ciekawości i wszystkie zajęcia, gdyby odbywały
się bez 1,5h przerw, trwałyby max 2 i pół dnia. A ja głupia chodziłam w tę i z
powrotem, to na uczelnię, to na mieszkanie - 16 razy w ciągu jednego
tygodnia. Bo zajęcia miałam rano, do 10, a potem dopiero na 16. Chociaż
najlepszy był i tak poniedziałek, gdy miałam 2h czekania na 45-minutowe
zajęcia. No pozazdrościć.
3. Praca nie wchodzi w grę.
Pamiętaj,
że studia dzienne, nieważne czy zajęcia są 3 dni w tygodniu czy 5, ty MUSISZ
być dyspozycyjny dla swoich wykładowców każdego dnia i o każdej porze. Pisanie
kolokwium o 20 ostatniego dnia zajęć? Pewnie, w czym problem? Przecież wszyscy
mieszkają akurat obok uczelni i nie muszą martwić się o transport do domu. Co,
biedne studenty, samochodu się nie ma? To wasz problem. Odrabianie zajęć z
powodu nieobecności prowadzącego w dzień wolny? Normalna akcja. I weź tu ustal
sobie grafik w pracy (o tych rzeczach nie dowiesz się z wyprzedzeniem), powiedz
rodzicom dziecka, którym się opiekujesz, że „sory, ale mam studia i jednak
radźcie sobie wieczorem sami”. Ach, te dorosłe wybory.
4. Nikogo nie obchodzisz.
Chodzisz? nie chodzisz? Co za różnica. Wykładowcy nie są w stanie zapamiętać wszystkich.
A nawet jeśli są, to mają to daleko. Samemu trzeba pilnować dosłownie
wszystkiego: ocen, nieobecności, dodatkowych terminów. Nikt ci nie pomoże. Nikt
nie powie, że zrób tak, bo tak będzie lepiej. Radź se.
5. Wykładowcy mają się za bogów, a nawet
nie potrafią uruchomić rzutnika.
Temat
rzeka. Narcyzy, alkoholicy, „zbyt bystrzy to oni nie są”. To tak ogólnie.
Niektórzy nie opanowali jeszcze (ale nie ma się co dziwić, jak pracują DOPIERO
10 lat) obsługi pakietu Office, a podłączenie rzutnika jest niemalże tak samo
skomplikowane jak operacja serca. To, że wykładowca chwieje się i krzyczy na
wykładzie to też norma. Oczywiście w przypadku przychodzenia do pracy w stanie
nietrzeźwości grozi dyscyplinarka, ALE z wiatrakiem nie wygrasz. Wiatrak ma
silny szkielet. Prędzej ciebie pogrąży niż ty jego.
6. Statuty, regulaminy i ustawy – do
kosza!
Patrz
również punkt 3 oraz 5. Chcesz się poskarżyć? Chcesz powiedzieć, że któryś w
wykładowców zachował się niewłaściwie? Nikt się tym nie przejmie. Ewentualnie
cię wyśmieją. Że ty, głupi studencie, masz coś do szanownego pana profesora? Oni
są nie do ruszenia. Niezniszczalni.
7. Niech los zdecyduje…
Zda
albo nie zda – oto jest pytanie? – powiedział Szanowny Pan Profesor rzucając
kartką.
Dość
powszechna praktyka, o czym przekonałam się na własnej skórze. Możesz napisać
wyczerpujące odpowiedzi na każde z pytań, uczyć się do tego przez 3 tygodnie, a
męski członek i tak nawet nie spojrzy na Twój wysiłek. Nie dziwne, skoro robi
się „opisówkę” dla 1000 osób. Głupi by to skrupulatnie sprawdzał. A teksty
typu: „musiałem przez was wrócić szybciej z urlopu” też są na porządku
dziennym. Ale z drugiej strony, NIE MUSIAŁEŚ, można przecież łatwiej. Zrobić
test jednokrotnego wyboru i każda poprawna odpowiedź to A. Szybkie sprawdzanie
i sprawiedliwe. Ale na studiach nie liczcie na sprawiedliwość. Przygotowują nas
w końcu do dorosłego życia.
8. Ruszać się, debile!
Obowiązkowy
WF na studiach. No, ruszać dupę, dorośli ludzie. Jesteście na tyle głupi, że
nie wiecie, że o zdrowie trzeba dbać. Męczcie się więc i dołóżcie do swojego
cudownego planu jeszcze półtorej godziny WF-u. Raz w tygodniu, dzięki Bogu.
Dobrze, że chociaż można wybrać sobie aktywność, bo jeśli byłby to WF rodem z
liceum, to zwolnienie poszłoby w ruch. Szkoda, że nie ma obowiązkowej gry w
zbijanego albo w „śledzia”, to by dopiero była frajda! To co,
dwudziestolatkowie, przymusowy WF-ik rano, 5 minut przerwy i na zajęcia. Ruchy,
ruchy! (Pomijam problemy, które uniemożliwiają ćwiczenie na WF typu okres czy
ciąża – nikogo to nie obchodzi, a jeśli chcesz leć na zajęcia teoretyczne
słuchać 90 minut o tym, jak to trzeba się ruszać i jakie to jest zdrowe –
UWAGA! Na tych zajęciach siedzisz bez sensu półtorej godziny.)
9. Zapchaj dziury, czyli przedmioty,
które do niczego ci się nie przydadzą…
…,
ale musisz je zaliczyć. Zabierają ci resztki wolnego czasu, zatruwają psychikę,
bo ich nie ogarniasz i to z nimi masz największy problem na zaliczeniu.
Najlepsze jest to, że niby takie zapchaj dziury, a niczego nie zapychają. Odbywają
się zazwyczaj wieczorami, po normalnych zajęciach, czyli musisz przyjechać na
uczelnie kolejny raz. Logistyczny cud.
10. Sprzęt z XX-lecia międzywojennego
Niedziałające
komputery, rozpadająca się klawiatura, 15 kilogramowe laptopy. Nie oczekiwałam MacBooków
ani nawet Windowsa 10. Ale sprzęt z poprzedniego stulecia oraz niezawodna Vista
to chyba lekka przesada. Na każde „komputerowe” zaliczenie trzeba przychodzić z
własnym sprzętem. Bo ile pewności masz, że przez 45 minut egzaminu znajdziesz
działający komputer i zdążysz zrobić zadanie? Ja wolałam nie ryzykować. A wiem,
że nie każdy ma możliwość przyniesienia własnego sprzętu. Serdecznie dziękujemy
uczelni za możliwość korzystania z prześwietnego sprzętu niezbędnego do nauki
przedmiotu.
K o n k l u z j a
Zastanówcie
się 1000 razy, czy faktycznie chcecie się tak męczyć. Z wiatrakami. Niby
mieliście być traktowani na równi, bo wszyscy jesteście dorośli, ale tak to nie
wygląda. Jesteście głupsi i pogódźcie się z tym. A jak się nie podoba, to nikt
nie będzie tęsknił.
Studia zapewne mają również zalety, ale jak do tej pory ich nie zauważyłam. Nie wiem, czy może trafiłam na wybitnie beznadzieją uczelnię i wykładowców, ale wiem, że drugi raz na studia dzienne bym się nie wybrała. I odradzam je. Rozumiem jednak, że każdy ma własne predyspozycje i to, co dla mnie jest totalnym dnem, komuś może wydać się świetnym rozwiązaniem.
Chciałabym jednak przestrzec Was, że studia nie wyglądają tak, jak mówią na Dniach Otwartych czy piszą w broszurach. Przekonałam się na własnej skórze ;).
#PrawdziweHistorieNaFaktach
Studia zapewne mają również zalety, ale jak do tej pory ich nie zauważyłam. Nie wiem, czy może trafiłam na wybitnie beznadzieją uczelnię i wykładowców, ale wiem, że drugi raz na studia dzienne bym się nie wybrała. I odradzam je. Rozumiem jednak, że każdy ma własne predyspozycje i to, co dla mnie jest totalnym dnem, komuś może wydać się świetnym rozwiązaniem.
Chciałabym jednak przestrzec Was, że studia nie wyglądają tak, jak mówią na Dniach Otwartych czy piszą w broszurach. Przekonałam się na własnej skórze ;).
#PrawdziweHistorieNaFaktach
*ten
tekst nie ma na celu obrażenia żadnego studenta! Pamiętajcie, że są to moje
subiektywne odczucia i podchodźcie do nich z dystansem; wszystkie przytoczone historie oparte są na faktach ;)
xoxo,
zaniepokojona
(jeszcze)studentka

Jestem ciekawa na jakiej uczelni byłaś i na jakim kierunku. Powiem szczerze, że studia mam już za sobą i pierwszy rok jest najgorszy... U niektórych wykładowców cały licencjat jest najgorszy, a zmieniają się w stosunku do studentów dopiero na magisterce. Pierwsze lata, to lata na przetrwanie, nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale wykładowcy traktuja cię jak śmiecia... Moim zdaniem oni uważają, że wtedy Cie mobilizują, a to wcale nie musi tak działać! Chyba dopiero pod koniec licencjatu i na magisterce "zaprzyjaźniłam" się ze wszystkimi nauczycielami... Wtedy okazało się, że są fajnymi ludźmi. Oni chyba przy pierwszakach chcą pokazać, że nie wolno im podskakiwac i tym samym chcą zdobyć ich szacunek, ale nie tędy droga!
OdpowiedzUsuńTeraz wracam z sentymentem do czasów studió - chciałoby się wrócić :D
Zastanów się, bo warto!
Oj tak, mobilizowanie "na smutno" niestety nie działa i czasem masz po prostu dość, że mimo ogromnych starań nikt Cię nie docenia... To niby dorosłe życie, ale myślę, że wykładowcy powinni pokazać się z lepszej strony, może wtedy tak dużo osób nie rezygnowałoby ze studiów?
UsuńMyślę, że masz rację i po latach będę wspominać to z uśmiechem i myśleć, jakie to było banalne w porównaniu do reszty życia! Ale na obecną chwilę, wracać nie chcę :D
Cóż, studia mam jeszcze przed sobą, więc osobiście nie mogę odnieść się do sytuacji, nietrudno jednak się domyślić, że musiałaś przejść przez koszmar. Zapewne nie każdy kierunek tak wygląda, ale dobrze dowiedzieć się wcześniej, że są i takie przypadki jak Twój. Nie pozostaje mi nic innego,jak tylko gorąco ci współczuć i życzyć mocnych nerwów na przyszłość. Trzymaj się ciepło w tym małym piekiełku!
OdpowiedzUsuńDziękuję! <3 Jestem przekonana, że nie wszędzie wygląda to w ten sposób i dla niektórych osób studia to faktycznie najlepszy czas w życiu ;). Życzę Ci trafnych wyborów w przyszłości! :)
UsuńMasz rację. Moje odczucia są identyczne! A studiowałam można powiedzieć prestiżowy kierunek, bo medycynę. Jestem obecnie w trakcie zmiany ścieżki życiowej. Gdybym mogła cofnąć czas nie poszłabym na te studia. Szczerze wam powiem, że jeśli ktoś uważa że medycyna jest dla inteligentnych i wymaga dużo nauki oraz wysiłku są to brednie wyssane z palca. Studia polegają na wkuwaniu gotowych baz oraz spaniu na ćwiczeniach, a na wykładach pojawia się może 5 procent studentów. Pozdrawiam serdecznie, Ola
OdpowiedzUsuńUff... Czyli nie jestem jedyna :D. Chociaż przykro słyszeć, że nawet takie "prestiżowe" kierunki mają taki system... Mają przecież kształcić ludzi odpowiedzialnych za nasze zdrowie i życie. Mój kierunek nie przygotowuje mnie do zawodu tak odpowiedzialnego, moje zawodowe decyzje nie wpłynęłyby na czyjeś życie, więc chociaż tyle.
UsuńŻyczę powodzenia w Twoich zmianach i trzymam za Ciebie kciuki! :)
Rzeczywiście, czasem droga, która wybierzemy nie jest taka, jaką sobie wyobrażaliśmy. W twoim przypadku mogło tak być ze studiami. Ale nie martw się, wszystko jeszcze da się naprawić i z pewnością odnajdziesz swoje miejsce na ziemi. Trzymam za Ciebie mocno kciuki, abyś odnalazła dziedzinę w której się spełnisz w 100%! Nie musza to być studia, może już zaczniesz pracować w jakimś ciekawym zawodzie i zdobywać doświadczenie! Wszystko przed Tobą! Najważniejsze to się nie załamywać tylko iść do przodu z głowo podniesiona :)) Trzymam kciuki! Powodzenia! Pozdrawiam Cię serdecznie :))
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo! <3 Nie poprzestaję na samych studiach, bo chyba bym zwariowała :D Żałuję, że po maturze nikt nie powiedział mi żeby dać sobie czas i nie zamykać się na inne możliwości... W głowie miałam tylko studia.
UsuńPozdrawiam :)
Studia to swego rodzaju szkoła życia. Ustalającym plany zajęć tez nie jest jakoś łatwo wszystko połączyć by wyszło jak najmniej straconego czasu, profesorowie w końcu mają mniejsze prezerwy niż studenci.
OdpowiedzUsuńZ rzutnikami to bywał czasami problem w liceum, ale na studiach może raz czy dwa się zdarzył. Nie przypominam sobie też by były jakieś większe problemy z profesorami, raczej są spieszący się niejednokrotnie by przekazać całą wiedzę (kilka ćwiczeń) na zajęciach.
W-f na studiach to rzeczywiście śmiech na sali, jeśli ktoś chce ćwiczyć, uprawiać sport to może to robić we własnym zakresie. Z tym sprzętem to też przesadzili, jednak ja nie mam na co narzekać. Szczerze pisząc, pierwszy raz się spotykam z taką opinią. Ja mam tak okrojone przedmioty niestacjonarnie, że nawet pomimo niepotrzebnych z pracą nie ma się prawie na nic czasu. Ahh, zachciało mi się ASP... Niemniej zadowolona jestem z trybu (bo na dziennych totalnie nie miałabym życia XD ...chociaż), ale nienawidzę 3-4 godzinnych dojazdów ze wstawaniem o 3 w nocy i powrotami na 23-cią.
Co uczelnia i kierunek to inne zobowiązania, wykładowcy, zajęcia i wymagania. Współczuję Ci tak beznadziejnego trafienia.
Wszystko zależy właśnie od tego "trafienia" i własnych preferencji. Powiem Ci, że sama zaczęłam zastanawiać się nad studiami niestacjonarnymi. Słyszałam wiele opinii i chyba to byłoby lepsze rozwiązanie ;)
UsuńPozdrawiam i dziękuję za komentarz :)
Ja w tamtym roku skończyłam szkołę ale zdecydowałam, że nie idę na studia, może za rok czy dwa dopiero albo w ogóle. Jakoś nie jestem do nich przekonana oraz nie znalazłam jeszcze kierunku który by mnie zainteresował w 100%. Za to mam przyjaciółkę która jest na studiach dziennych i ma bardzo podobne zdanie na ich temat jak Ty. Według mnie studia nie są dla każdego.
OdpowiedzUsuńFajny, mądrze napisany post. Powodzenia, trzymam kciuki! Pozdrawiam :)
Nie spodziewałam się tak negatywnego wpisu o studiach, ale to w dużej części wszystko prawda. Mnie najbardziej bolał brak szacunku dla czasu studentów - ślęczenie pod pokojami w czasie konsultacji, bo prowadzący się akurat nie pojawił i nie raczył nawet poinformować albo w ogóle nie można się z nim dogadać, bo jest starym prykiem, mówiącym swoim językiem i żyjącym w swoim świecie. Niemniej jednak ja czas studiów wspominam bardzo dobrze - a też studiowałam dziennie. Cieszyłam się właśnie z tego, że już nikt mnie nie pilnuje, nie sprawdza, czy przyniosłam sobie coś do pisania, czy jestem na zajęciach czy nie, jak sobie zrobię rzeczy - tak będę miała. I ja tę pół-dorosłość pół-niedorosłość lubiłam baardzo.
OdpowiedzUsuńMyślę, że gdybym poszła na studia, mówiłabym teraz tak samo. NIe poszłam. Mam pracę, rozwijam swoją dzialalność, na którą chciałabym przejść i rzucić etat. Nie czuję, żebym coś straciła :)
OdpowiedzUsuń